Mela Verde (19 listopada 2012)

Mela Verde to restauracja włoska i pizzeria (a właściwie dwie filie jednej restauracji). Wystrój w klimacie włoskim. Domowo i rodzinnie:

– Focaccia – nie wiem czemu, ale znowu zamiast focacci była pizza bianca, z oliwą i rozmarynem, smaczna przekąska, ale chciałam zjeść w końcu typową focaccię… nie ma się czemu dziwić – focaccia znalazła się w menu przy pizzach…

– Zuppa di cipolle – krem cebulowy z grzankami i startym serem – aromatyczny – pachniał mi przez stół;) Miska wydawała się mała, ale porcja była duża.

– Tagliatelle mare e monti – z krewetkami i grzybami w sosie szafranowym. Sos był śmietanowy z dużą ilością szafranu. Bardzo dobrze się komponował z grzybami. Krewetki w tym zestawie były, jak kwiatek do kożucha. Na szczęście pachniały świeżą duszoną krewetką, a nie krewetką zleżałą. Całość posypana świeżą natką pietruszki – ja lubię.

– Makaron z kurczakiem w sosie cytrynowym – sos był na bazie masła, o bardzo subtelnym smaku. Kurczak w małych kawałkach, prawdopodobnie krótko duszony. Makaron jajeczny. Danie nieco dziecięce, ale pyszne;) Przez natkę pietruszki makarony oba wyglądały tak samo.

– Meringata – beza waniliowa podawana na musie malinowym. Zamiast bezy był tort lodowo-bezowy. Smaczny, ale znowu oszukaństwo… Sos malinowy był słodko-kwaskowaty – idealny, ale było go bardzo mało. Bita śmietana sztuczna. Duża porcja deseru.

– Herbata czarna – z torebki w czajniczku.

– Wino białe – bardzo, bardzo smaczne, ale nie mogę go znaleźć po nazwie podanej przez kelnerkę…

Reklamy

Trattoria Rucola (16 listopada 2012)

Trattoria Rucola przywitała nas tłumem gości i ostatnim wolnym stolikiem. Było to chyba najgorsze miejsce w całej restauracji – w „jakby korytarzu”, koło podajnika potraw (czyli z kelnerami biegającymi wte i wewte), z widokiem na WC (na szczęście wytapetowane drzwi…). Z pozytywów, bo też były – bardzo jasne miejsce (dobrze oświetlone i widać co się je) ze świetną tapetą dzikiego ogrodu, winorośli, pnącz, ziół i chwastów – na ścianach, drzwiach, meblach (ale tylko tych kelnerskich szafkach) i bufecie… w łazience też;) Prosto i przyjaźnie.

– Mozarella z mleka bawolego z oliwą i pieprzem – podana z rukolą i pomidorkami koktajlowymi – konsystencja delikatniejsza, niż klasycznej mozarelli, smak też subtelniejszy. Miękka i rozpływająca się w ustach. Ciekawa jestem zawartości w niej tłuszczu;)

– Focaccia z rozmarynem, solą i oliwą czosnkową – mnie rozczarowała. Okrągła, cienka, bardzo przypieczona i strasznie nasączona oliwą. Bardziej dziwny podpłomyk (a może pizza bianca?), niż chlebek drożdżowy. Chrupiąca i krusząca się niemiłosiernie. Ale eM. się zajadał;) …aha przez te tłumy jakiś kelner zwinął naszą porcję focacci i czekaliśmy na nią jeszcze długo po skończeniu mozarelli…

– Tortellacci frutti di mare – pierogi z czarnego ciasta (barwionego sepią) z nadzieniem z mięsa ze skorupiaków z oliwą, płatkami czosnku, papryczką chilli, posypane kolendrą i parmezanem (Grana Padano). Ostre i czosnkowe. Z bardzo delikatnym wnętrzem i dużą ilością ciasta na brzegach. Niby tylko 4, ale duże i można się najeść. Kolendra pasowała do nich idealnie, choć nigdy nie kojarzyłam jej z włoską kuchnią.

– Calzone con verdura – czyli pieczony pieróg z warzywami (marynowane karczochy, peklowana czerwona papryka, świeży szpinak, duszone pieczarki, czarne oliwki) i mozarellą. Ciasto jak w focacci (pewnie pizza też ma takie). Podany z bardzo dobrym sosem pomidorowym. Chrupiący i gorący.

– Herbata organic hojicha – organiczna zielona herbata z niską zawartością kofeiny o nucie prażonych orzechów i herbata ginger twist – trawa cytrynowa, tropikalne owoce, mięta, dotyk imbiru. Bardzo fajne herbaty!

Spore porcje, na szczęście pakują do domu;)

Milanovo (5 października 2012)

Wilanowskie Milanowo skusiło nas włoską kuchnią. Okazało się, że jest też tam nutka polskości – głównie w karcie, ale i na ścianach promujących polskich artystów. W tle muzyka rodem z radia złote przeboje, vox albo pogoda… Przytulny wystrój, sporo rodzin z dziećmi oraz obcokrajowców.

– Czekadełko – pieczone kawałki ciasta od pizzy. Można było zjeść skropione oliwą z tymiankiem. Bardzo smaczne, na pewno serwują tu świetną pizzę!

– Spaghetti aglio e olio – z czosnkiem, oliwą, ostrą papryczką i natką pietruszki, a na wierzchu duże płaty parmezanu – mimo oliwy – lekkie, z podsmażanym czosnkiem i sporą ilością ostrej papryczki. Ostre, ale nie wypalające kubków smakowych.

– Farfalle gorgonzola – z sosem z gorgonzoli, z suszonymi pomidorami i świeżym szpinakiem. Poproszono mnie o zmianę makaronu, gdyż farfalle musieliby dopiero przygotować i czekanie zajęłoby więcej czasu – ostatecznie było linguine. Szpinaku było sporo, więc wystarczyło go prawie na każdy kęs makaronu. Pomidory suszone były drobno pokrojone czego nieco żałuję. Smaczne, ale ciężkie (na pewno cięższe od poprzedniego – więcej tłuszczu). Porcja spora.

– Koktajl witaminowy – mix owocowy – wyczuwalne były jabłko, truskawki, banany, pomarańcze i lód. Pychaaa!

– Koktajl oczyszczający organizm z toksyn – mix warzywny – z natką pietruszki i selerem naciowym… reszty nie rozpoznaliśmy;) Smaki nie dla każdego, ale pijąc ten koktajl człowiek czuje się od razu zdrowszy;)

– Tiramisu – podane dość niekonwencjonalnie, z likierem w osobnym kieliszku (bardzo sprytne rozwiązanie dla dzieci czy kobiet w ciąży). Spodobało nam się i co więcej – zasmakowało!

Bardzo nam smakowało i podobało się również, więc planujemy powrót – wypróbowanie pizzy i obejrzenie dolnego poziomu lokalu;)

Cafe KINO (12 września 2012)

Przed filmem w kinie Muranów postanowiliśmy zerknąć co oferują w kinowej cafe.
Poza batonami, orzeszkami i owocami w czekoladzie (na szczęście oszczędzili sobie mysiego popcornu i nachosów z obrzydliwymi dipami), znaleźliśmy:

– Duże ciastko owsiane z czarnymi porzeczkami – bardzo, bardzo smaczne! Najbardziej zaskoczyły mnie porzeczki, bo niestety rzadko zdaża się je spotkać w wypiekach.


– Grissini z rozmarynem – włoskie paluszki – ręcznie robione, bez sztucznych i zbędnych dodatków. Grube i długie. Bardzo chrupiące i po prostu wyborne. Padł pomysł na poeksperymentowanie z ich wypiekiem w domu;)

– Kawa latte – mimo, że posłodzona i tak była gorzka. Może za mało mleka? Nie podeszła mi…

– Club mate.

 

Spodziewałam się trochę większego wyboru smakołyków kinowo-niekinowych…