Ciepło Zimno (18 kwietnia 2013)

Bistro-bar Ciepło Zimno oferuje kuchnię domową, ale w mniej tradycyjnej formie. I od razu wiadomo, co serwuje – dania na ciepło i zimno, na mały i duży głód, dla małego i dużego brzucha:

Ciepło Zimno na Natolinie

Ciepło Zimno Domowo

– Zupa mięsna z soczewicą – z pomidorami. Ostra. Syta.

Zupa mięsna z soczewicą

– Zupa krem z kalafiora i pora – podana z grzankami. Kalafior zagęszczony ziemniakami, z lekko wyczuwalnym porem. Bardzo smaczny krem.

Zupa krem z kalafiora i pora

– Gruszka w zalewie słodko-kwaśnej faszerowana serem pleśniowym – podana z sałatką warzywną z sałat i pomidorków koktajlowych z sosem vinaigrette. Gruszka na zimno. Bardzo fajna przystawka, a nawet mały lunch.

Gruszka z serem pleśniowym

– Pielmienie – z mięsem i kwaśną śmietaną. Malutkie, na jeden raz. Delikatne, na jeden ząb. Szkoda, że bez warzyw.

Pielmieni z mięsem i śmietaną

– Fresh Lemon Mint – herbata-mieszanka werbeny cytrusowej, eukaliptusa, miłorzębu, mięty, tulsi, białej czekolady, płatków róży, lukrecji z aromatem cytryny i mięty. Lubię takie wynalazki.

Herbata Fresh Lemon Mint

Herbata w Ciepło Zimno

Reklamy

Zapiecek (26 marca 2013)

Zapiecek oferuje coraz więcej polskich dań. My zostajemy jednak przy pierogach. Uwielbiam je! A, że zima w marcu szalała, zamówienie było bardzo zimowe:

Zapiecek w Arkadii

Czekamy na nasze pierogi

– Pierogi ruskie z patelni – z kwaśną śmietaną. Na życzenie posypane szczypiorkiem. Podane faktycznie na patelni (jednak nie były klasycznie podsmażane na patelni – albo patelnia bez tłuszczu albo piekarnik). Klasyczne pierogi. Kształtne, równiutkie i z całkiem smacznego ciasto. Miąższ bardzo delikatny, bo bardzo dokładnie zmielony. Ziemniaki i twaróg, bez skwarek, czyli dla mnie nawet lepiej;)

– Pierogi z soczewicą z patelni – z dodatkami jak wyżej, na takiej samej patelni. Farsz również bardzo dokładnie zmielony. Niektórzy lubią takie puszyste wnętrze pierogów. I do tych twarogowych bardzo pasuje… nawet do mięsnych. W pierogach z soczewicy niestety psuło mi odbiór organoleptyczny – trudno wyczuć co się je, a tym bardziej zobaczyć…

Pierogi z patelni posypane szczypiorkiem

– Grzaniec – czerwone wino dosłodzone miodem, przyprawione goździkami, kardamonem, pomarańczą i cynamonem. Podane w glinianym kubeczku i na podgrzewaczu. Wyglądało rewelacyjnie, pachniało ładnie, ale smakowało inaczej, niż obiecywali – wydawało się, że mało przypraw, a dużo słodyczy. Brakowało mi w nim pływających plastrów pomarańczy. Jedyne co pływało, to goździki.

Grzaniec podany na podgrzewaczu

– Rozgrzewający napar zimowy XXL (bo 300ml) – pomarańcza, cytryna, goździki, sok z malin i mieszanka polskich ziół. Znowu lepiej brzmiało, niż smakowało. Napój uratowała duża ilość plasterków cytrusów, ale i tak był bardzo słodki.

Napój zimowy

Azja i Villa Magnolia w Poznaniu (23 i 24 listopada 2012)

Kulinarne niebo i ziemia w Poznaniu. Niebo było dnia drugiego, a pierwszego – ziemia bez rewelacji smakowych…

Restauracja Azja była po drodze. Schludne wnętrze ze ścianą luster, azjatyckie malowidła (rośliny, samuraje i świątynie), przygaszone światło (co widac po zamulonych zdjęciach;). O dziwo oferuje również pizze i dania polskie, ma też szeroką ofertę z dostawą i menu z imieniem aktualnego solenizanta:

– Rosół chiński – jak wytłumaczył Pan Kelner – to zwykły rosół, ale z tym cienkim chińskim makaronem (ryżowym lub sojowym), z grzybami shitake, dymką i pastą chilli. Był bardzo ostry! Ale też bardzo słony…

– Zupa słodko-kwaśna – czerwona, czyli pewnie z przecierem lub koncentratem pomidorowym, z papryką czerwoną i żółtą oraz pędami bambusa. Jakby bardziej rozwodniony sos słodko-kwaśny do mięsa. Albo bardziej zagęszczony krem z pomidorów o słodko-kwaśnym smaku. Niby ciekawe, a jednak coś tu nie gra…

– Sate ajam – kawałki kurczaka na patyczkach z sosem orzechowym. Z ryżem (odgrzewanym z masłem), surówkami – dwie klasyczne z kapusty oraz kapusty pekińskiej ze świeżymi warzywami (ogórek, pomidor, rzodkiewka). Kurczak był nawet niezły, bo dobrze przypieczony. Sos zagęszczony mąką i orzechów tam nie czułam.

– Wołowina boembu-bahli – kawałki wołowiny duszone w przyprawach korzennych. Z tym samym zestawem ryżu i surówek co poprzednie danie. Miało być ostre, było nieziemsko słone…

– Herbata zielona z miętą – fusiasta. Miała być duża, a były 4 łyki…

Restauracja polska Villa Magnolia. Zauważona z tramwaju. Wyglądająca na ekskluzywną. Była nawet bardziej, niż się z Karoliną spodziewałyśmy. Ogromne eleganckie wnętrze oświetlone kryształowym żyrandolem, kinkietami (tu i ówdzie), małymi lampkami na stolikach i światłem dnia wpadającym przez ogromne okna. Klimatyczna, spokojna muzyka, też blues. Stoły przystrojone jabłkami i pomarańczami. Szkoda, że śpieszyłyśmy się na pociąg, bo było niezwykle sympatycznie.


Dawno nie widziałam kelnerów chodzących z ręką założoną na plecach, dawno nie obsługiwali koniecznie z prawej strony, dawno nie byli tak usłużni i na każde skinienie!

– Czekadełko – kromki chleba z chrupiącą skórką, oliwa i ocet balsamiczny.

– Pierogi „ruskimi” zwane, polane skrzeczkami – czyli skwarkami (po jednej na każdym z pierogów). Domowe i dobre, dobre i ręcznie robione.

– Uszka z pieczarkami i kwaśną śmietaną – danie spoza karty, więc nie wiem, jakby je nazwali;) Uszka na dwa gryzy, ale nadrabiały smakiem! Pieczarki duszone na maśle, które „strzelało” przy rozkrajaniu. Zawijane również ręcznie:)

– Sałatka „Wspomnienie lata” – sałata, zielony ogórek, pomidor, czerwona cebula, rzodkiewka, sos vinaigrette. Pomidory słodziutkie i z powodu trwającej jesieni, już dawno zapomniałam, że tak mogą smakować! Sos nie przytłaczał sałatki swoim smakiem (ani octem, ani czosnkiem). Sałata była świeża i chrupiąca. Bomba!

– Herbata czarna Ahmad

– Czekolada z bitą śmietaną – w sumie jedyna rzecz, która mi nie smakowała. Czekolada z proszku. Podana już chłodna. Na szczęście bita była prawdziwa i smaczna.

Trattoria Rucola (16 listopada 2012)

Trattoria Rucola przywitała nas tłumem gości i ostatnim wolnym stolikiem. Było to chyba najgorsze miejsce w całej restauracji – w „jakby korytarzu”, koło podajnika potraw (czyli z kelnerami biegającymi wte i wewte), z widokiem na WC (na szczęście wytapetowane drzwi…). Z pozytywów, bo też były – bardzo jasne miejsce (dobrze oświetlone i widać co się je) ze świetną tapetą dzikiego ogrodu, winorośli, pnącz, ziół i chwastów – na ścianach, drzwiach, meblach (ale tylko tych kelnerskich szafkach) i bufecie… w łazience też;) Prosto i przyjaźnie.

– Mozarella z mleka bawolego z oliwą i pieprzem – podana z rukolą i pomidorkami koktajlowymi – konsystencja delikatniejsza, niż klasycznej mozarelli, smak też subtelniejszy. Miękka i rozpływająca się w ustach. Ciekawa jestem zawartości w niej tłuszczu;)

– Focaccia z rozmarynem, solą i oliwą czosnkową – mnie rozczarowała. Okrągła, cienka, bardzo przypieczona i strasznie nasączona oliwą. Bardziej dziwny podpłomyk (a może pizza bianca?), niż chlebek drożdżowy. Chrupiąca i krusząca się niemiłosiernie. Ale eM. się zajadał;) …aha przez te tłumy jakiś kelner zwinął naszą porcję focacci i czekaliśmy na nią jeszcze długo po skończeniu mozarelli…

– Tortellacci frutti di mare – pierogi z czarnego ciasta (barwionego sepią) z nadzieniem z mięsa ze skorupiaków z oliwą, płatkami czosnku, papryczką chilli, posypane kolendrą i parmezanem (Grana Padano). Ostre i czosnkowe. Z bardzo delikatnym wnętrzem i dużą ilością ciasta na brzegach. Niby tylko 4, ale duże i można się najeść. Kolendra pasowała do nich idealnie, choć nigdy nie kojarzyłam jej z włoską kuchnią.

– Calzone con verdura – czyli pieczony pieróg z warzywami (marynowane karczochy, peklowana czerwona papryka, świeży szpinak, duszone pieczarki, czarne oliwki) i mozarellą. Ciasto jak w focacci (pewnie pizza też ma takie). Podany z bardzo dobrym sosem pomidorowym. Chrupiący i gorący.

– Herbata organic hojicha – organiczna zielona herbata z niską zawartością kofeiny o nucie prażonych orzechów i herbata ginger twist – trawa cytrynowa, tropikalne owoce, mięta, dotyk imbiru. Bardzo fajne herbaty!

Spore porcje, na szczęście pakują do domu;)

Restauracja Staropolska (26 października 2012)

Kraków. Rynek Główny. Szybki obchód w celu znalezienia miłego miejsca na kolację zakończył się w Restauracji Staropolskiej. Zwabiła nas tam góralska muzyka na żywo! Zakochałam się w tych dwóch śpiewających i grających na skrzypkach dziewczynach i grającym na kontrabasie chłopaku.

Mimo, że było dużo gości – szybko złożyłyśmy zamówienie i szybko dostałyśmy:

– Grillowane oscypki z żurawiną – trzy sztuki oscyków grillowanych nad ogniem. Być może gdzieniegdzie się spaliły, ale nic nie szkodzi. Mięsiste i sprężyste. Gorące. Smaczne. Szkoda, że żurawina była ze słoika. Bardzo słaba i mało żurawinowa – słodka galareta i tyle.

– Rosół z kołdunami z mięsem jagnięcym – na mocnym wywarze wołowym z mini-pierożkami z mięsem jagnięcym. Z marchewką i natką pietruszki. Ze świeżo mielonym pieprzem. Tłusty. Smakował bardzo domowo. Na zimny, deszczowy wieczór w sam raz!

– Pierogi ruskie okraszone smażoną cebulą podane ze śmietaną i ozdonione melisą – pulchne i wypełnione farszem po brzegi. Gotowane. Karolina powiedziała, że smaczne. I wyglądała na zadowoloną;)

– Grzane wino – z pomarańczą, goździkami i cynamonem – bardzo aromatyczne i bardzo mocne. Szkoda tylko, że cynamon sproszkowany. Ale przynajmniej widać, że był dodany;)

Zwierzęta ze słomy nie są tym, czego oczekuję po wystroju restauracji, ale wpisywały się w klimat chłopskiej chaty. Tak samo, jak zastawa z grubej porcelany w maki i szydełkowe obrusy. Bardzo sympatycznie, nie chciałyśmy wychodzić, tym bardziej, że zaczął padać deszcz…

Soto Sushi (23 października 2012)

Chęć na sushi przyszła nagle i niespodziewanie, a w Soto Sushi było niespodziewanie, jak na środek tygodnia, dużo gości – zajęliśmy ostatni stolik:

– Czekadełko – klasycznie: kapusta pekińska, kiełki, sezam, brzoskwinia z puszki i sos sojowy. Zdecydowanie lepiej smakowałaby świeżo przygotowana sałatka – ta smakowała leżeniem, zbyt się przegryzła i kapusta była już klapnięta… Najgorsza ze wszystkich, jakie dostaliśmy.

– Zupa wantang – z dwoma pierożkami na 2 gryzy (z mielonym mięsem, prawdopodobnie wieprzowym) i warzywami (kapustą pekińska, cukinią i kiełkami fasoli mung) na bulionie rybnym. Mała powtórka warzyw z czekadełka, ale w wersji rozgrzewającej. Smaczna.

 – Zupa seafood – pikantna (z pastą z chilli) z owocami morza (kalmarami, krewetkami, ośmiornicami, małżami) i warzywami (kapustą pekińską, cukinią i kiełkami fasoli mung) na wywarze rybnym. Baza ta sama co zupy wantang, ale dodatki i przyprawy zmieniły totalnie jej wygląd, smak i aromat. Pikantnie napotna;)

 – Maki z pieczoną skórą łososia, awokado, tykwą i majonezem – skórę wzięliśmy z ciekawości. Chrupiąca, w kolorze bursztynu (szkoda, że zjedliśmy brzegi przed zrobieniem zdjęcia – tam najładniej wyglądała). Tłusta. A w nieco przestudzonym maku tłuszcz czuć było jeszcze wyraźniej. Mimo, że tłuszcz jest nośnikiem smaku, innego smaku poza tłustym tu nie czuliśmy. Trochę zepsuło to efekt całości.

– Maki z pieczonym halibutem, ogórkiem, grzybami shitake i majonezem – bardzo smaczne.

– Tamago z łososiem, serkiem i lychee – tak na deser, bardzo ciekawy deser z rybą;)

Maki pieczone polewane są słodkim, gęstym sosem. W takim wypadku nie powinno używać się sosu sojowego z pastą wasabi. Bo chodzi o ten slodki smak, a nie słony;)

– Oroya Sushi – hiszpańskie wino z Castilla – La Mancha, białe, wytrawne, ze szczepów airen, macabeo i moscatel, aromatyczne, o wyważonej kwasowości, orzeźwiające, lekkie, wyprodukowane pod nadzorem japońskiej enolog Yako Sato. Dedykowane daniom tradycyjnej kuchni japońskiej, w tym sushi. Niezłe!

I na koniec pomysłowy „makowy” bukiecik:)

Gemo (6 października 2012)

Gemo to restauracja gruzińska na terenie praskiej Soho Factory. Z minimalistycznym wystrojem i możliwością organizowania tam przyjęć. Duża awangardowa przestrzeń ze spokojną muzyką skrzypiec (akurat na klasykę trafiliśmy i było to bardzo w naszym nastroju):

– Hummus (czyli pasta z ciecierzycy i sezamu pod różną postacią – pasty, oleju, nasion sezamu w całości) – polany oliwą, posypany czarnym sezamem, podany z płatami cienkiego jak papier prostokątnego placka pszennego – słonawy, jakby z małą ilością sezamu, gęsty jak budyń. Placki same w sobie bez smaku, podpiekane, ale podane zimne. Fajnie cieniutkie.

– Bakłażan zawijany z pastą z orzechów, posypany pestkami granatów – małe zawiniątka na dwa gryzy. Bez wyraźnego smaku przypraw gruzińskich. Takie trochę nieboraki…

– Pielmieni z mięsem cielęcym – bardzo domowe:) Szkoda, że kwaśna śmietana to jedyny do nich dodatek. Ale dobrze, że została podana, bo łagodziła nieco ich pieprzny smak.

– Carpacio z buraka – cieniutkie plasterki świeżego buraka polane dressigiem (burak zmiksowany ze śmietaną?), podane na różnych sałatach, posypane serem. Re-we-la-cja! Po prostu super!

– Sernik z sosem jeżynowym – twardy, na spodzie z ciasta. Sos idealnie kwaskowaty – przełamuje nijakość sernika.

– Herbata zimowa – czarna herbata z całą masą goździków, z kawałkiem imbiru i cząstkami pomarańczy. Bardzo, bardzo dobra, dzięki goździkom. Mogłaby być podana z miodem.

Pani Kelnerka była bardzo sympatyczna, uśmiechnięta i miła (w ogóle cała obsługa była bardzo miła), ale lekko nierozgarnięta… Wszystkie dania wzięliśmy „na spółkę”, ale tylko do przystawek dostaliśmy dodatkowe talerze – zabrane, a potem nie przyniesione. Dobrze, że dostaliśmy osobne sztućce;) (chociaż nawet nie, bo do deseru tylko jeden widelczyk…)