Papalina (28 grudnia 2012)

Papalina, bo brakuje nam ciepła, a śródziemnomorskie klimaty rozgrzewają:

Świeże róże i oliwa

Próba aparatu

Wina i dynie?

– Talerz serów chorwackich – 2 gatunki serów żółtych, podane na rukoli z zielonymi i czarnymi oliwkami z pestkami, polane oliwą, podane z chrupiącymi kromkami bagietki. Pierwszy ser delikatny i w bardzo cienkich plasterkach, drugi kruchy i bardziej wyrazisty w smaku – wybór niewielki, ale smaku narobił – na przekąskę w sam raz! Do bagietki podano też oliwę o aromacie świeżego rozmarynu, czosnku, liści laurowych oraz ziela angielskiego.

Sery chorwackie

– Rosół z mięsem wołowym i kawałkami selera oraz talarkami marchewki, z makaronem – jak to rosół, rozgrzał! Najciekawszy i najmniej spodziewany był ten seler. Brawa za pomysł:)

Rosół

– Risotto z owocami morza – na wywarze warzywnym, z krewetkami i kalmarami, z pomidorkami koktajlowymi i świeżą natką pietruszki, posypane startym serem i pieprzem. Duże ziarenka ryżu, w klejącym sosie (było go dużo i dobrze, bo risotto zamiast suchego było delikatnie kremowe), z dużą ilością owoców morza i może tylko trochę mniejszą ilością pomidorków. Brakowało mi cytryny do skropienia, ale i tak bardzo mi smakowało. Porcja na początku wydawała się mała, ale to była zmyłka! Deser nie wejdzie…

Risotto z owocami morza

– Cevapi w podpiekanej bułce z pastą paprykową, pomidorem i świeżym ogórkiem z czerwoną cebulą – dobrze przyprawione i soczyste mięso mielone z ciekawie smakującą, łagodną pastą z papryki (podaną osobno) w bułce.

– Warzywa z grilla – papryka, bakłażan, cukinia, czerwona cebula, mini-kukurydza i pomidorek koktajlowy. Grillowane dopełnienie „hamburgera”. Dobrze, że o nich pomyśleliśmy;)

Cevapi

– Herbata czarna z cytryną

Herbata w czajniczku

Reklamy

Trattoria Rucola (16 listopada 2012)

Trattoria Rucola przywitała nas tłumem gości i ostatnim wolnym stolikiem. Było to chyba najgorsze miejsce w całej restauracji – w „jakby korytarzu”, koło podajnika potraw (czyli z kelnerami biegającymi wte i wewte), z widokiem na WC (na szczęście wytapetowane drzwi…). Z pozytywów, bo też były – bardzo jasne miejsce (dobrze oświetlone i widać co się je) ze świetną tapetą dzikiego ogrodu, winorośli, pnącz, ziół i chwastów – na ścianach, drzwiach, meblach (ale tylko tych kelnerskich szafkach) i bufecie… w łazience też;) Prosto i przyjaźnie.

– Mozarella z mleka bawolego z oliwą i pieprzem – podana z rukolą i pomidorkami koktajlowymi – konsystencja delikatniejsza, niż klasycznej mozarelli, smak też subtelniejszy. Miękka i rozpływająca się w ustach. Ciekawa jestem zawartości w niej tłuszczu;)

– Focaccia z rozmarynem, solą i oliwą czosnkową – mnie rozczarowała. Okrągła, cienka, bardzo przypieczona i strasznie nasączona oliwą. Bardziej dziwny podpłomyk (a może pizza bianca?), niż chlebek drożdżowy. Chrupiąca i krusząca się niemiłosiernie. Ale eM. się zajadał;) …aha przez te tłumy jakiś kelner zwinął naszą porcję focacci i czekaliśmy na nią jeszcze długo po skończeniu mozarelli…

– Tortellacci frutti di mare – pierogi z czarnego ciasta (barwionego sepią) z nadzieniem z mięsa ze skorupiaków z oliwą, płatkami czosnku, papryczką chilli, posypane kolendrą i parmezanem (Grana Padano). Ostre i czosnkowe. Z bardzo delikatnym wnętrzem i dużą ilością ciasta na brzegach. Niby tylko 4, ale duże i można się najeść. Kolendra pasowała do nich idealnie, choć nigdy nie kojarzyłam jej z włoską kuchnią.

– Calzone con verdura – czyli pieczony pieróg z warzywami (marynowane karczochy, peklowana czerwona papryka, świeży szpinak, duszone pieczarki, czarne oliwki) i mozarellą. Ciasto jak w focacci (pewnie pizza też ma takie). Podany z bardzo dobrym sosem pomidorowym. Chrupiący i gorący.

– Herbata organic hojicha – organiczna zielona herbata z niską zawartością kofeiny o nucie prażonych orzechów i herbata ginger twist – trawa cytrynowa, tropikalne owoce, mięta, dotyk imbiru. Bardzo fajne herbaty!

Spore porcje, na szczęście pakują do domu;)

Soto Sushi (23 października 2012)

Chęć na sushi przyszła nagle i niespodziewanie, a w Soto Sushi było niespodziewanie, jak na środek tygodnia, dużo gości – zajęliśmy ostatni stolik:

– Czekadełko – klasycznie: kapusta pekińska, kiełki, sezam, brzoskwinia z puszki i sos sojowy. Zdecydowanie lepiej smakowałaby świeżo przygotowana sałatka – ta smakowała leżeniem, zbyt się przegryzła i kapusta była już klapnięta… Najgorsza ze wszystkich, jakie dostaliśmy.

– Zupa wantang – z dwoma pierożkami na 2 gryzy (z mielonym mięsem, prawdopodobnie wieprzowym) i warzywami (kapustą pekińska, cukinią i kiełkami fasoli mung) na bulionie rybnym. Mała powtórka warzyw z czekadełka, ale w wersji rozgrzewającej. Smaczna.

 – Zupa seafood – pikantna (z pastą z chilli) z owocami morza (kalmarami, krewetkami, ośmiornicami, małżami) i warzywami (kapustą pekińską, cukinią i kiełkami fasoli mung) na wywarze rybnym. Baza ta sama co zupy wantang, ale dodatki i przyprawy zmieniły totalnie jej wygląd, smak i aromat. Pikantnie napotna;)

 – Maki z pieczoną skórą łososia, awokado, tykwą i majonezem – skórę wzięliśmy z ciekawości. Chrupiąca, w kolorze bursztynu (szkoda, że zjedliśmy brzegi przed zrobieniem zdjęcia – tam najładniej wyglądała). Tłusta. A w nieco przestudzonym maku tłuszcz czuć było jeszcze wyraźniej. Mimo, że tłuszcz jest nośnikiem smaku, innego smaku poza tłustym tu nie czuliśmy. Trochę zepsuło to efekt całości.

– Maki z pieczonym halibutem, ogórkiem, grzybami shitake i majonezem – bardzo smaczne.

– Tamago z łososiem, serkiem i lychee – tak na deser, bardzo ciekawy deser z rybą;)

Maki pieczone polewane są słodkim, gęstym sosem. W takim wypadku nie powinno używać się sosu sojowego z pastą wasabi. Bo chodzi o ten slodki smak, a nie słony;)

– Oroya Sushi – hiszpańskie wino z Castilla – La Mancha, białe, wytrawne, ze szczepów airen, macabeo i moscatel, aromatyczne, o wyważonej kwasowości, orzeźwiające, lekkie, wyprodukowane pod nadzorem japońskiej enolog Yako Sato. Dedykowane daniom tradycyjnej kuchni japońskiej, w tym sushi. Niezłe!

I na koniec pomysłowy „makowy” bukiecik:)

Papalina (19 września 2012)

Papalina to chorwacka restauracja i winiarnia na Ursynowie. Klimatyczna – z oryginalną chorwacką muzyką, eleganckim i ciekawym wnętrzem (od razu widać, że pije się tam dużo wina;) i nie chodzi mi o pawie na ścianach, ale o puste butelki w roli świeczników lub wazonów na świeże kwiaty), a na ekranie plazmy przewijają się filmiki z Chorwacji, nurkowania i tajników kuchni chorwackiej.

– Zupa krem pomidorowo-imbirowy – podana z kleksem śmietany i groszkiem ptysiowym – bardzo rozgrzewająca, dzięki imbirowi. Smaczna, trochę ostro-imbirowa. Lubimy imbir:)

– Kalmary grillowane ze szpinakiem i ziemniakami – świeże kalmary grillowane w całości (oczywiście z cytryną), bardzo dobrze przyprawione duszone liście szpinaku wymieszane z kawałkami gotowanych ziemniaków – nie spodziewałam się takiego podania – bardzo mi odpowiadało! Do tego wzięłam tzatziki – świeże, pyszne, choć mogłyby mieć więcej czosnku (tzn. czosnek w ogóle, bo nie poczułam go wcale).

– Grillowane kawałki łagodnej i pikantnej wołowiny (mielonej, uformowanej w kotleciki) – cevapi serwowane w chrupiącej lepinji (rodzaj bułki) z ajvarem (sosem), do tego świeże warzywa – cebula czerwona i biała, pomidory – eM. był bardzo zadowolony z tego wyboru – w końcu chorwackie hamburgery to rzadkość w Warszawie;) Mięso było delikatne i dobrze przyprawione.

– Herbata – dzika róża z wanilią oraz mięta z miodem.