Dziki Ryż (24 września 2012)

Dzikim Ryżu można zjeść potrawy kuchni azjatyckich – indyjskiej, tajskiej, chińskiej, japońskiej i koreańskiej. Dużo pikantnych (o różnym stopniu ostrości). Również wybór wegetariańskich – zaznaczonych tak, żeby od razu wiedzieć, gdzie szukać:

– Zupa tajska z cukinią – z białym ryżem (podanym osobno), mlekiem kokosowym, trawą cytrynową, kolendrą i galangą. Znalazłam też w niej grzyby. Przez dodatek galangii – ostrawa – nie spodziewałam się, że aż tak bardzo… Ale dzięki temu dobrze rozgrzała;) Ryż ją zagęścił, więc była treściwsza. Smaczna na 4.

– Zupa kokosowa Tom Yum Kai – pikantna (oznaczona jedną papryczką), z kurczakiem, pomidorami, makaronem sojowym (podanym na osobnej małej miseczce), mlekiem kokosowym, trawą cytrynową, kolendrą i galangą. Wywar ostry jak poprzedni (wg eM. mimo wszystko bardziej ostry od mojej zupy). Mimo podobnych składników smak zupełnie inny. Wywar jakby mięsny. eM. się najadł;)

– Naan z sezamem – sezam uwielbiam, sam placek był smaczny, ale jadałam lepsze.

– Koktajl truskawkowy – z mlekiem sojowym, sokiem pomarańczowym i imbirem. Imbir był mocno wyczuwalny (raczej mielony), więc koktajl był nieco ostry (ale i tak złagodził smak ostrej zupy). Wszystkie smaki składników można było dobrze wyczuć (czyli proporcje bardzo dobre), choć szkoda, że nie było więcej truskawek, które by go bardziej zagęściły. Nie był zbyt słodki, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że nie był dodatkowo słodzony – dla mnie duży plus!

Podoba mi się wystrój restauracji. Lampki z papieru czerpanego albo żarówki zamknięte w klatkach. Tapeta z gazety i mangi. Stonowane kolory. Na wieczór, bo wycisza. Muzyka była zagłuszana przez gości;) Rzucił mi się w oczy dodatek z innego świata – dlaczego?!

Reklamy

Bollywood (13 września 2012)

Ten deszczowy wieczór nabrał odrobiny egzotyczności w hinduskiej restauracji Bollywood:

– Tawa panner – tradycyjny indyjski ser podany w sosie pomidorowym z papryką i cebulą oraz ze zdecydowanymi w smaku, ale nie ostrymi (o czym zapewniła też pani kelnerka) przyprawami. Całość posypana kolendrą i cieniutkimi paseczkami imbiru. Po pierwsze – miseczki dania głównego w indyjskich restauracjach wydają mi się zawsze takie małe… cóż za ułuda! Zawsze najadam się po same uszy! Teraz też tak było;) Po drugie – faktycznie było mocne, ale nie na tyle ostre, żebym nie zjadła. Po trzecie – duże kawałki sera bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły (podobno kucharz robi ser na miejscu, ale jak pokażę kiedyś na blogu – to łatwizna;). Duże kawałki papryki i cebuli już mnie tak nie zachwyciły, ale spokojnie można było zjeść.

– Garlic naan – naan, czyli placek/ chlebek indyjski pieczony w piecu (tandoor). Mój był z kawałkami świeżego czosnku i świeżą natką pietruszki – był obłędny! Nie spodziewałam się pietruszki, a nadała wyjątkowego smaku.

– Herbata z maramiją – w zasadzie to była herbata z maramiji. Bardzo oryginalna w smaku. Może trochę jak szałwia z nutą mięty? Nie napiszę, że mną zawładnęła… Ale na pewno jej picie było ciekawym i niecodziennym przeżyciem. Tak, jak jedzenia zawsze jest sporo, to nie wiem czemu, ale herbaty zawsze jest mało… Taka szklaneczka dla Calineczki. Niemniej jednak zawsze dają 2 torebki cukru – a co tam – zabieram do domu;)

 

Szkoda, że główna sala zajęta była przez zorganizowaną imprezę, bo trochę zmarzłyśmy na „werandzie”. Szkoda, ze mało było orientalnej muzyki. Szkoda, że w telewizorach nieustannie chodziły modelki z FashionTV. Fajnie, że jedli z nami rodowici Hindusi. Fajnie, że palili sziszę;)