MG eat (28 listopada 2012)

Byłam na otwarciu MG eat, czyli zdrowgo fast-foodu czy fajniejszego baru mlecznego Magdy Gessler i wtedy bardzo mi się podobało – pomysł oraz menu. Wystrój minimalistyczny, ale sympatyczny i przytulny. Teraz zachwytów mniej…

MG eat

– Smoothie jabłko, banan, truskawki, lód – poprosiłam o wersję bez lodu – „Jest zimno, wolałabym wypić same owoce zmiksowane z jogurtem – Nie można, bo będzie mniej w kubeczku – To może więcej owoców albo dodać jogurt? – Nie bardzo, bo jak ja to wpiszę w systemie? – To mniej lodu poproszę…” Ostatecznie wersja ta okazała się być z jogurtem i zapełniony był cały kubek. Smak słodki, delikatny, owocowy.

– Smoothie jeżyny, maliny, truskawki, jogurt, lód – ta sama prośba, tu już, jak pomyślałam, poszło lepiej, bo jogurt miał wypełnić kubek i lodu miało nie być. Ostatecznie to smoothie było zimne i jakby bez jogurtu (jakby na pewno po spróbowaniu). Sam smak niezły, z pesteczkami malin i jeżyn, niestety pod koniec pesteczek było tak dużo, że zrobiło się gorzko…

Smoothie - po prawej jabłko/banan/truskawka po lewej - jeżyna/malina/truskawka

– Froyo, czyli prawdziwy jogurt zamrożony na kształt lodów – wersja z ciasteczkami i polewą czekoladową oraz z bezami i pestkami granatu – sam jogurt w smaku rewelacyjny, jak lepsze/ smaczniejsze lody, ale pod koniec kubeczka smak się nudzi i już takich zachwytów nie ma. Z dodatków najgorsze były bezy – totalnie sztuczne w smaku.

Froyo

– Zupa krem z marchewki i imbiru – smaczna, ostra, ale taka jak ze słoiczka dla niemowląt. Problem w tym, że słoiczki są małe i lepiej wchodzą, a zupa to spora porcja i coś by się pochrupało po drodze. Pomysł na połączenie marchwi i imbiru podoba mi się, ale wołam o dodatki wedle uznania – grzanki, pestki, orzechy.

Krem z marchwi i imbiru

– Panini z serem kozim, tapenadą z czarnych oliwek, marynowaną papryką i bazylią – ciepła kanapka, ale wygląda jakby ktoś na niej usiadł;)

Panini z serem kozim

Pomysł nadal mi się podoba, ale fajnie byłoby rozszerzyć wybór zup (chcę do nich dodatki!) i smoothies (być może samodzielne wybieranie owoców/ jogurtu/ lodu do własnego smoothie?). Może też kanapek vege. Jak przychodzi się tu od czasu do czasu, to wybór zawęża się do nudy. Tym bardziej, że zasady zdrowego żywienia upominają się o urozmaicenie diety;)

Reklamy

Gemo (6 października 2012)

Gemo to restauracja gruzińska na terenie praskiej Soho Factory. Z minimalistycznym wystrojem i możliwością organizowania tam przyjęć. Duża awangardowa przestrzeń ze spokojną muzyką skrzypiec (akurat na klasykę trafiliśmy i było to bardzo w naszym nastroju):

– Hummus (czyli pasta z ciecierzycy i sezamu pod różną postacią – pasty, oleju, nasion sezamu w całości) – polany oliwą, posypany czarnym sezamem, podany z płatami cienkiego jak papier prostokątnego placka pszennego – słonawy, jakby z małą ilością sezamu, gęsty jak budyń. Placki same w sobie bez smaku, podpiekane, ale podane zimne. Fajnie cieniutkie.

– Bakłażan zawijany z pastą z orzechów, posypany pestkami granatów – małe zawiniątka na dwa gryzy. Bez wyraźnego smaku przypraw gruzińskich. Takie trochę nieboraki…

– Pielmieni z mięsem cielęcym – bardzo domowe:) Szkoda, że kwaśna śmietana to jedyny do nich dodatek. Ale dobrze, że została podana, bo łagodziła nieco ich pieprzny smak.

– Carpacio z buraka – cieniutkie plasterki świeżego buraka polane dressigiem (burak zmiksowany ze śmietaną?), podane na różnych sałatach, posypane serem. Re-we-la-cja! Po prostu super!

– Sernik z sosem jeżynowym – twardy, na spodzie z ciasta. Sos idealnie kwaskowaty – przełamuje nijakość sernika.

– Herbata zimowa – czarna herbata z całą masą goździków, z kawałkiem imbiru i cząstkami pomarańczy. Bardzo, bardzo dobra, dzięki goździkom. Mogłaby być podana z miodem.

Pani Kelnerka była bardzo sympatyczna, uśmiechnięta i miła (w ogóle cała obsługa była bardzo miła), ale lekko nierozgarnięta… Wszystkie dania wzięliśmy „na spółkę”, ale tylko do przystawek dostaliśmy dodatkowe talerze – zabrane, a potem nie przyniesione. Dobrze, że dostaliśmy osobne sztućce;) (chociaż nawet nie, bo do deseru tylko jeden widelczyk…)